środa, 15 listopada 2017

Serca z piernika w Waszym wydaniu czyli pierwsze opowiadania już są:)

Moi kochani przed Wami szczególne, bo pierwsze, opowiadania,które stworzą nasz nowy tomik "Serce z piernika". I już po tych pierwszych widzę, że to będzie szczególna edycja :) Dziewczętom, które poszły na pierwszy ogień dziękuję za odwagę i trzymam za nie mocno kciuki, a Was zapraszam do lektury :)  


Krysia Radziejewicz
Serce z piernika

Weronika już od kilku godzin pochylała się nad szkicownikiem. Na biurku w kubeczkach królowały kredki, markery, cienkopisy we wszelkich możliwych odcieniach oraz ołówki o różnej skali twardości. W zasięgu ręki stał kubek z niedopitą herbatą. Na sznureczku zawieszonym nad biurkiem wisiały przypięte miniaturowymi klamerkami niczym pranie pocztówki bożonarodzeniowe oraz zimowe pejzaże. Całość była barwna, magiczna i idealnie nastrajała do twórczej pracy.
Weronika od dziecka miała słabość do kolorów. Świat barw emanował potężnym bogactwem. Dlatego z lubością oddała się modnej w ostatnich czasach pasji kolorowania. Gdy z pewną nieśmiałością sięgała po pierwszą pozycję z cyklu antystresowych kolorowanek dla dorosłych, nie przypuszczała, że już po kilku latach będzie tworzyć własne. Jej pierwsza kolorowanka nosiła tytuł „W kociej herbaciarni”. Roiło się w niej od puchatych czworonogów, pękatych dzbanuszków i parujących filiżanek. Było apetycznie, nastrojowo i ciepło. Weronika cieszyła się wówczas, że udało jej się połączyć swoje trzy małe – wielkie miłości: barwy, koty i aromatyczne napoje. Pozycja sprzedawała się jak ciepłe bułeczki, zaś dziewczyna czuła, że w ten oto sposób spełnia swoje małe – wielkie marzenie. Weronika bardzo lubiła to paradoksalne połączenie przymiotników: małe – wielkie. Właśnie tak wyglądał jej świat, to co dla innych było małe i niezauważalne dla niej było wielkie, istotne i piękne. Od najmłodszych lat kochała te wszystkie drobne cuda, obok których większość jej koleżanek przechodziła obojętnie goniąc za tym co prestiżowe, modne, krzykliwe. Czasem miała wrażenie, że gdy wszyscy dookoła pędzą, ona przystaje. Zaś, gdy zatrzymują się pełni roztrzęsienia i ekscytacji, ona idzie dalej. Nie wynikało to z pogardy czy też poczucia wyższości. Te uczucia były jej całkowicie obce. Omijały jej serce, jakby wiedziały, że tu nie znajdą urodzajnego dla siebie gruntu. Większość rówieśników nie miała czasu ani chęci na zgłębienie zasady, wedle której biło serce Weroniki i postrzegała tę odmienność jako rodzaj dziwactwa. Nieliczni na krótko zagrzewali przy niej miejsce ostatecznie jednak podążając za tym, co wielkie. Weronika często czuła się samotna, a jej najwierniejszą przyjaciółką stała się niekochana, zapomniana i odtrącana przez pędzących Bóg wie za czym ludzi uważność.
Podczas gdy za oknem naprzemiennie królowały październikowe zawieruchy i ulewy, Weronika  ślęczała nad projektem kolorowanki o magicznym tytule „Czar Bożego Narodzenia”. Prawdę mówiąc bardzo jej odpowiadał taki układ. Zamiast tkwić w jesiennej melancholii, przenosiła się do swojego barwnego świata. To nic, że jej prace były achromatyczne. Oczami wyobraźni widziała tysiące możliwości wypełnienia ich kolorem. Stworzyła już rysunek przedstawiający kominek udekorowany różnej wielkości skarpetami, z których wystawały cukierki, misie i lalki. Narysowała też choinkę ozdobioną z zabawnymi aniołkami. Kilka stron poświęciła świątecznym jarmarkom. Teraz pochylała się nad pracą przedstawiającą uśmiechniętą dziewczynę o krągłych piegowatych policzkach i niesfornych, miękko opadających na plecy i ramiona lokach. Za pomocą wprawnych ruchów ołówka opatuliła jej szyję długim, miękkim szalem. Wstała z krzesła. Rozprostowała zesztywniałe plecy i spojrzała na swoją pracę z oddalenia. Zawsze tak robiła. Ten sposób pozwalał jej na nabranie dystansu, dostrzeżenie ewentualnych błędów, dysproporcji czy też braków. Zmrużyła oczy i z zaskoczeniem stwierdziła, że w narysowanych pobieżnie rysach dziewczyny dostrzega coś znajomego. Nagle ogarnęło ją zupełnie irracjonalne, a zarazem tak silne, że nie sposób było go poddać w wątpliwość, przeczucie, że właśnie teraz przez tę kolorowankę wydarzy się coś niezwykle istotnego w jej życiu.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi. Niechętnie oderwała wzrok od szkicownika. Nie lubiła odrywać się od pracy, zatrzymywać wyobraźni, która właśnie zaczęła wartko pracować. Wiedziała, że ciężko będzie jej powrócić do przerwanego rysunku. Nasunęła kapcie i szurając nimi, niespiesznie skierowała się do przedpokoju, po czym otworzyła drzwi. W progu stała starsza kobieta. Przez ramię miała przewieszoną materiałową torbę z wymalowanym na niej wielkim bajecznie kolorowym słoniem siedzącym na trójkołowym rowerku. W ręku trzymała tęczową, ociekającą wodą parasolkę.
- Dzień dobry młoda damo, czy w tym domu mieszkają może jacyś mili starsi ludzie? – zapytała kobieta.
- Dzień dobry, w tym domu nie ma żadnych grzecznych dzieci – odpowiedziała bezmyślnie Weronika i natychmiast skarciła siebie w duchu, za bujanie w obłokach. Nadmierna koncentracja na śniegowych płatkach, różnokształtnych bombkach, stożkowatych choinkach i jegomościach w czerwonych płaszczach najwidoczniej nie sprzyjała twardemu stąpaniu po ziemi. Zawstydzona swym niefrasobliwym zachowaniem dziewczyna już miała poprosić staruszkę o powtórzenie pytania, gdy dostrzegła, że tamta trzęsie się od niepohamowanego śmiechu.
Weronika nie zdążyła zareagować, gdyż gwałtowny podmuch wiatru szarpnął uchylonym w pokoju oknem i nieprzyjemnie trzasnął drzwiami prowadzącymi do mieszkania, wpychając tym samym staruszkę do niewielkiego przedpokoju.
- Proszę niech pani wejdzie – zaproponowała trochę bez sensu Weronika.
Nadal czuła się zakłopotana. Jednak barwna torba, tęczowy parasol i pełne śmiechu oczy wzbudzały całkowite zaufanie. Weronika natychmiast się rozluźniła i poczuła się jakby wprowadzała do mieszkania nie obcą osobę, lecz krewną, która wróciła właśnie ze spaceru po położonym nieopodal parku i mimochodem zajrzała, aby dowiedzieć się co słychać oraz rozgrzać zmarznięte ciało gorącym napojem. Dziewczyna odebrała i rozwiesiła na wieszaku mokry płaszcz. Parasol wstawiła do łazienki, z szafki na buty wyciągnęła parę kapci. Zaprowadziła gościa do pokoju połączonego z aneksem kuchennym. W elektrycznym czajniku wstawiła wodę na herbatę. Z szafki wyjęła dwa kubki usiane drobnymi, kolorowymi serduszkami. Następnie zdjęła z półki pękaty, szklany słój i bez skrępowania zaciągnęła się zapachem czarnej herbaty, pomarańczy i wanilii. Nasypała szczyptę tej upojnej mieszanki do obu kubków i zalała gorącą wodą. Odczekała, aż herbaciane wiórki przyjemnie zawirują i ustawiła przyrządzony napój na niewielkim stoliku. Kobieta umościła się wygodnie w fotelu. Na kolanach położyła barwną torbę i wyjęła z niej pojemnik pełen piernikowych serc.
- Myślę, że do tej pysznej herbaty nadadzą się idealnie – powiedziała z ciepłym uśmiechem i ułożyła ciasteczka na stoliku.
Weronika zaczęła nabierać dziwnego przekonania, że ta wizyta nie jest przypadkowa. Zadziwiała ją obustronna naturalność i harmonia, której dowodem był naprędce zorganizowany, a mimo to kompletny i niebanalny poczęstunek. Dalsze rozważania przerwał ciepły i łagodny głos gościa.
- Chyba przeszkodziłam ci w pracy – powiedziała kobieta kierując wzrok na biurko, na którym nadal leżał otwarty szkicownik, kilka zaostrzonych ołówków oraz gumka myszka.
- Ach, to nic pilnego – odparła z uśmiechem Weronika. – Takie świąteczne rysunki. Pod koniec miesiąca mam złożyć do wydawnictwa ostateczny projekt kolorowanki. Już chyba sama pani rozumie skąd moja niefortunna odpowiedź na powitanie. A właśnie, zdaje się, że pani kogoś szukała? – przypomniała sobie dziewczyna.
- Czy mogę je obejrzeć? – zapytała staruszka, ignorując tym samym pytanie, które padło z ust Weroniki.
- Tak, oczywiście. – Dziewczyna podała kobiecie szkicownik w jasnozielonej oprawie z wykaligrafowanym ciemnozielonym markerem napisem: Weronika 2017.
Kobieta uważnie przekładała kartki. Zatrzymywała się przy niektórych pracach, gładziła strony. Uśmiechała się do pyzatych aniołków, ośnieżonych kamieniczek i świątecznych jarmarków.
- Są piękne, takie bajkowe i magiczne – pochwaliła kobieta. – Myślę, że powinnaś poznać panią Jadwigę, ale na mnie już pora – dodała uśmiechając się do siebie.
Nim Weronika otrząsnęła się i zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, kobieta stała już ubrana w płaszcz i machała jej ręką na pożegnanie.
- Do zobaczenia Weroniko – zawołała i dziarskim krokiem pomaszerowała schodami w dół.
Jedynie dwa rozgrzane jeszcze ciepłem herbaty kubki oraz piernikowe okruszki pozostawione na stole były dowodem na to, że wizyta starszej pani była jawą, a nie figlem spłatanym przez przeciążony  przesiadywaniem nad świątecznymi szkicami umysł dziewczyny. Weronika wzięła kubki i poszła z nimi do łazienki, aby opróżnić je z fusów.
- Jeszcze mnie odwiedzi – powiedziała do siebie z nadzieją, gdy dostrzegła stojący w rogu kabiny prysznicowej tęczowy parasol.
***
Kolejnego poranka Weronika nadal przesiadywała nad szkicem przedstawiającym piegowatą dziewczynę. Za pomocą kilku wprawnych pociągnięć ołówka umieściła na jej głowie czapkę z puchatym pomponem. Dorysowała płaszczyk sięgający kolan, pasiaste rajstopy i wysokie buty. Dziewczyna z obrazka miała wyciągnięte przed siebie ręce. Dłonie odziane w wełniane rękawice z jednym palcem, aż prosiły o to, by coś na nich umieścić. Weronika pospiesznie naszkicowała zgrabny pakuneczek przewiązany wstążką. Naniosła jeszcze kilka wirujących płatków śniegu. Wstała z krzesła i spojrzała na pracę z oddalenia. Rysunek wyszedł świetnie. Twarz, sylwetka oraz ubranie dziewczyny były bardzo naturalne, a zarazem wdzięczne tylko ten pakunek z niewiadomego powodu nie pasował do całości. Weronika sięgnęła po czarny cienkopis i zaczęła poprawiać nim linie. Tym razem nie była zaskoczona, gdy pracę przerwał jej dzwonek do drzwi. Gdy zaś zobaczyła, że na progu jej mieszkania stoi pogodna staruszka wyraźnie się ucieszyła. Już chciała zaprosić ją tak jak poprzedniego dnia na herbatę, lecz ta powiedziała:
- Dzień dobry Weroniko. Wezmę tylko mój parasol, a ty prędko się ubierz. Dziś idziemy do pani Jadwigi. Zdążyłam jej już obiecać, że będzie miała gościa.
Weronika odniosła wrażenie, że ma do czynienia z dobrą wróżką. Przypomniała jej się bajka o Kopciuszku. Tam matka chrzestna dysponowała co Kopciuszek miał robić, a ten nie dyskutował, nie pytał tylko grzecznie wypełniał wszystkie polecenia. Weronika była łagodną osobą, nie lubiła sporów, ale miała swoje zdanie i nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek przedtem dawała tak sobą rozporządzać. Jednakże od tej staruszki biło tyle ciepła, a polecenia przez nią wydawane nie brzmiały jak rozkazy, lecz stanowiły zaproszenie do przygody. Wrażliwe serce Weroniki podszeptywało wręcz, że otwierają przed nią furtkę prowadzącą do małego – wielkiego cudu. Dziewczyna pospiesznie przygotowała się do wyjścia i już po chwili obie kobiety, każda zasłuchana w głos swojego serca, podążały ulicami miasteczka do mieszkania pani Jadwigi.
***
Drzwi otworzyła im starsza kobieta ubrana w brązową prostą spódnicę do kostki, cieliste pończochy, beżowy, wełniany sweter i grubą kamizelkę z wielbłądziej wełny. Podpierając się laseczką wycofała się w głąb korytarza, robiąc tym samym miejsce dla wyczekiwanych gości.
- Dzień dobry Marianno – głos pani Jadwigi przerwał panującą między kobietami ciszę.
- Witaj kochana, jak dobrze Cię widzieć. Mam dziś dla Ciebie podwójną niespodziankę – powiedziała Marianna puszczając oko do Weroniki.
Gdy tylko wymieniły powitalne uściski i zdjęły z siebie okrycia, pani Jadwiga poprowadziła gości do salonu. Na stole stały już filiżanki oraz talerzyki, a z imbryka unosił się zapach kawy zbożowej. Marianna wypakowała ze swojej barwnej torby pudełko z piernikowymi sercami oraz niewielką książeczką, która na pierwszy rzut oka wydawała się stara i podniszczona.
- Jadwigo, wreszcie udało mi się zrealizować twoje zamówienie. Obeszłam wszystkie księgarnie na rynku. Wyobraź sobie, że sprzedawczyni po długich poszukiwaniach wyszperała ostatni egzemplarz – mówiąc to podała staruszce książkę.
Jadwiga pospiesznie nałożyła okulary. Wytarła ręce w fartuszek. Pogładziła wierzchem dłoni okładkę, a następnie przeczytała powoli i z namaszczeniem tytuł: „Sekretne życie krasnali w wielkich kapeluszach”. Dopiero teraz Weronika dostrzegła, że egzemplarz jest nowy, a złote cienie na grzbiecie i rogach imitują postarzenia.
- Pewnie się dziwisz po co starej kobiecie książka z bajkami – wymruczała z zadowoleniem Jadwiga nadal nie odrywając wzroku od okładki.
- Czy mogę ją obejrzeć? – zapytała nieśmiało Weronika. Nie chciała psuć kobiecie przyjemności z delektowania się podarunkiem, ale ta książeczka intrygowała ją i przyciągała niczym magnes. Okładka oraz tytuł stanowiły zapowiedź niebanalnej zawartości.
Jadwiga z uśmiechem przycupnęła na brzegu kanapy i poklepując miejsce obok siebie zaprosiła Weronikę do wspólnej lektury. Już po chwili obie w milczeniu przekładały strony i zachłannie śledziły czarno – złote ilustracje.
- Trafił swój na swego – skomentowała z nieukrywaną satysfakcją Marianna.
Nie myliła się sądząc, że tę młodziutką dziewczynę i starą, schorowaną kobietę połączy wspólna pasja. Cicho wstała od stołu i poszła do kuchni. Na dużym szklanym talerzu zaczęła rozkładać piernikowe serca. Układała je promieniście rozpoczynając od środka naczynia. W ten sposób na talerzu powstał piernikowy kwiat o płatkach w kształcie serca.
Gdy Marianna powróciła do salonu, na brzegu stołu piętrzyły się już kolejne książkowe pozycje. Niektóre były nowe i pachniały jeszcze drukiem, inne zaś przebyły długą drogę z rąk do rąk zanim trafiły do tego domu. Pierwsza znad książek oderwała roziskrzony wzrok Jadwiga.
- Zawsze kochałam ilustracje, ale nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Często, gdy czułam się samotna siadywałam pochylona nad stareńkim wydaniem baśni Andersena. Zachłannie wpatrywałam się w pożółkłe już obrazki i przenosiłam do świata, w którym rządziły barwne plamy i fikuśne kreski. Właśnie nad tą czynnością zastała mnie Marianna, gdy po raz pierwszy zapukała do moich drzwi. Jej wizyta była tak niespodziewana. Myślałam, że pomyliła adres i przypadkiem trafiła do mnie. Już wtedy przyniosła ze sobą pudełko piernikowych serc. Gdy przyszła po raz drugi miała ze sobą nie tylko pierniki, ale też nowiutką, pachnącą drukiem książkę. Do dziś pamiętam jej tytuł „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)”. Myślałam wówczas, że jest dobrą wróżką i za chwilę zniknie wraz z piernikowymi sercami i kuszącą, zabawną książeczką. Na szczęście Marianna nie znikła, a ja odkryłam w sobie pasję i na stare lata kolekcjonuję bajki dla dzieci, ale tylko te z piękną oprawą graficzną  – zakończyła, a w jej oku zawirowała maleńka łza przepełniona wielkim wzruszeniem.
- Widzisz Weroniko, Jadwiga zdradziła mój sekret. Nie jestem dobrą wróżką tylko Wędrowną Przyjaciółką. Serca z piernika nie powstają za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, lecz najzwyczajniej w świecie zagniatam je i wypiekam. Choć, może niezupełnie dzieje się to tak zwyczajnie. Nie odmierzam i nie odważam składników, lecz dodaję dokładnie tyle, ile dyktuje mi serce. W ten właśnie sposób za każdym razem do piekarnika trafia inna liczba ciastek. Niekiedy na zagniataniu, wałkowaniu, wycinaniu oraz pieczeniu spędzam całe sobotnie popołudnie. Choć ilość wypieczonych serc za każdym razem jest inna, to nigdy nie jest przypadkowa. Może brzmi to nieprawdopodobnie, lecz moje serce wie ile mieszkań odwiedzę, podczas gdy mój umysł nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie będzie musiał skierować moje kroki. Wsłuchuję się w swoje serce i pozwalam mu być moim przewodnikiem. Dziś już nie pamiętam co wydarzyło się najpierw. Być może moje nieznoszące sprzeciwu serce nakazało mi upiec piernikowe ciastka, a później poprowadziło mnie do tych drzwi, które nie miały powodów do tego, by otwierać się zbyt często. Możliwe, że było zupełnie odwrotnie. Wiesz Weroniko, kiedy piekłam tę blachę piernikowych serc czułam, że wydarzy się coś wyjątkowego. Gdy zaś po raz pierwszy zapukałam do twoich drzwi – snuła swą opowieść Marianna. -To nie był przypadek. Nigdy nie pukałam do żadnych drzwi przypadkiem. To prawda, musiałam ukryć zdziwienie, gdy tym razem otworzyła mi młoda dziewczyna. Jednak nawet przez moment nie pomyślałam o tym, by się wycofać. Lata praktyki w tej nietypowej profesji nauczyły mnie, że z głosem serca się nie dyskutuje. Trzeba za nim posłusznie podążać, nawet jeżeli początkowo nie rozumiemy dokąd chce nas zaprowadzić, a potem pozostaje już tylko cierpliwie i ufnie czekać. – Marianna sięgnęła po filiżankę i upiła łyk kawy zbożowej, która zdążyła już całkowicie wystygnąć.
- Chyba wiem do czego zmierzasz kochana – włączyła się Jadwiga i uścisnęła mocno dłoń swej przyjaciółki dodając jej w ten sposób otuchy.
- Nie planowałam tego, że zostanę Wędrowną Przyjaciółką. Czasem czułam się jak szamanka lub zielarka skrywająca w swym sercu dar niedostępny i niezrozumiały dla innych, a zarazem tak wielki, że wręcz determinujący całe dalsze życie. Nigdy nie odczuwałam z tego powodu żalu. Towarzyszyła mi ogromna wdzięczność za to, że moje życie jest tak wyjątkowe, bogate w tyle niezwykłych spotkań. Za każdym razem, gdy przekraczałam próg obcego mieszkania i dostrzegałam w oczach odwiedzanych ludzi cień uśmiechu czy błysk nadziei czułam, że jestem świadkiem cudu. Jestem jednak coraz starsza i poczułam niepokój o to, co będzie dalej z tymi wszystkimi samotnymi ludźmi. Zamartwiałam się, czy znajdzie się ktoś, kto zaniesie im piernikowe serca, a wraz z nimi ciepło, życzliwość i zwykłą ludzką obecność. – Marianna sięgnęła po ciastko i zamilkła strapiona.
Weronika przymrużyła oczy i zaczęła intensywnie wpatrywać się w piernikowe serce. Zupełnie tak samo jak jeszcze parę godzin wcześniej wpatrywała się w niedokończony szkic. Odetchnęła głęboko. Piernikowe serce było tym brakującym elementem, to ono będzie idealnie wyglądało na wyciągniętych dłoniach dziewczyny z rysunku. Dziewczyny bliźniaczo wręcz podobnej do niej samej siedzącej teraz u pani Jadwigi. W pierwszym mieszkaniu, które odwiedziła jako zwykła dziewczyna, a które opuści  jako Wędrowna Przyjaciółka. Weronika delikatnie, niczym największą świętość, wyciągnęła z dłoni Marianny serce z piernika.
- Ja je wezmę – powiedziała. Gdy go dotknęła, poczuła, że idealnie pasuje do kształtu jej dłoni.
W tym momencie z oczu zgromadzonych w pokoju kobiet popłynęły małe łzy wielkiego wzruszenia.

Małgorzata Szumann
Kruche serce z piernika

Źródło TUTAJ
Dla Chestera. 
Za rozproszenie mroku głosem, który teraz rozbrzmiewa  w niebiosach.
Za 14 lat w smutku i radości.  
Dla wielu byłeś tylko Chesterem, dla mnie byłeś platonicznym przyjacielem! <3


- Masz to?
- Mam!
- To teraz szybko na salę. Tylko uważaj! To nie zabawka! Jak spadnie, nie będzie co zbierać! – Dwóch mężczyzn w pośpiechu wyszło z pomieszczenia, za którymi drzwi jeszcze przez chwilę chybotały się to w przód to w tył.

02.11.2016r. 
MARIBEL

Cześć. Jestem Maribel i mieszkam w Szklarskiej Porębie. Niedawno skończyłam osiemnaście lat i w końcu mogę bez żadnych zezwoleń od rodziców jeździć na wszystkie koncerty jakie tylko chcę. Oczywiście, to nie znaczy, że miałam jakieś zakazy czy coś! Nie! Moi rodzice są naprawdę w porządku. Ufają mi i wiedzą, że nie zrobiłabym niczego głupiego, a że mają kasy jak lodu, to naprawdę świat stoi przede mną otworem. Mama z tatą cieszą się, że chce podróżować i być wśród ludzi. Poznawać nowe miejsca, przeżyć coś, być tam, gdzie zwykły człeczyna nie może. Wiecie… pieniądze niby szczęścia nie dają, ale na pewno ułatwiają życie. To naprawdę ważne mieć taki kredyt zaufania u rodziców.
Dokładnie za tydzień jadę do Hamburga na koncert Hybrydy. Nie pierwszy w moim życiu oczywiście! Od kiedy poznałam twórczość chłopaków, staram się być tam gdzie oni. Niemcy, Wielka Brytania, Chiny, Stany Zjednoczone… Kiedy tylko mogę jadę na koncert i bawię się wyśmienicie. Tym razem będzie troszkę inaczej, a to za sprawą czekającego na mnie po koncercie Meet & Greed. Pierwszy raz będę miała możliwość porozmawiania ze swoimi idolami i jestem niesamowicie podekscytowana! Bariera językowa mnie nie ogranicza. Język angielski jest dla mnie jak język ojczysty, więc z tym nie będzie problemu. Zatem… Hamburgu! Nadchodzę!

09.11.2016r.

Jestem tuż po koncercie i teraz z kilkudziesięcioma osobami zmierzam na halę, w której czekają na nas chłopacy z zespołu. Będziemy mogli porozmawiać, zrobić sobie wspólne zdjęcia… Widziałam jak jedna dziewczyna trzymała ogromną księgę. Pokazywała ją swoim przyjaciółkom. W środku znajdowała się masa zdjęć, zarówno jej, jak i zespołu, były też strony, na których mieścił się jedynie tekst. Rewelacyjny prezent! Przy następnym spotkaniu też zrobię coś podobnego. Może… może coś upiekę? Moją specjalnością są pierniki! Każdy mi to mówi, a ja zawsze skromnie odpowiadam, że przesadza, no ale może jest w tym trochę racji?
Chłopacy z Hybrydy są jeszcze bardziej mili w spotkaniu twarzą w twarz niż, gdy widzi się ich ze sceny i muszą prowadzić monolog. Spora grupka ludzi poustawiała się w kolejce do Maxa, który błyskał tymi swoimi brązowymi oczami i uśmiechał za każdym razem, gdy ktoś przybijał z nim piątkę.  Rayan, Jonathan, Bob i Dominic również zajęci byli rozmowami ze swoimi fanami. Jedynie Hektor sam podchodził do konkretnych osób i je zagadywał. Przez chwilę obserwowałam jak próbuje uspokoić jedną z dziewczyn, która na jego widok całkiem się rozkleiła. Na domiar tego, nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa, ponieważ nie znała za bardzo angielskiego. Trochę na migi, trochę po niemiecku i nieskładną angielszczyzną usiłowała powiedzieć kilka słów Hektorowi, jakby za moment miał się skończyć świat. Może wie, że już więcej nie będzie miała takiej okazji? Albo ogranicza ją coś innego? Widać, że strasznie jej zależy, ale Hektor jest cały w skowronkach i przytulając ją do siebie, sprawia, że rozpłakana fanka powoli zaczyna się uspokajać. Nawet nie wiem skąd wytrzasnął różę, którą jej daje i trzymając za ramiona mówi „everything will be ok”. Hmm ciekawe czy i do mnie zwróci się z takimi słowami, biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajduję. Zapatrzona nawet nie zauważyłam, że główny wokalista skończył rozmawiać z roztrzęsioną dziewczyną i teraz zmierza w moją stroną.
- Hej.
- Hej – odpowiadam nieco roztargniona.
- Pierwszy raz? Nie przypominam sobie ciebie z wcześniejszych spotkań. – Podpisuje mi płytę, którą przyniosłam i nieświadomie mu podałam.
- Nie. To znaczy tak! Na spotkaniu jestem pierwszy raz, ale na wasze koncerty jeżdżę już od kilku lat. Za trzy dni będziecie w Berlinie, prawda? Pewnie znowu się spotkamy. – Hektor zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem, jakby uważał, że żartuję.
- Jeździsz na każdy nasz koncert z powodu piosenek jakie tworzymy, czy może masz kogoś z nas na oku? – Przyciągnął mnie do siebie i konspiracyjnym tonem powiedział na ucho – Wiesz… Jonathan jest wolny. Od lat szuka dziewczyny, ale każda boi się, że ją wymiksuje z drugą. – Wspomniany chłopak jest w Hybrydzie dj’em i od razu zrozumiałam żart. Uśmiechnęłam się do Hektora i równie poważnym tonem odpowiedziałam – Czy to nie przypadkiem Max wiedzie prym najprzystojniejszego faceta w tej kapeli? Właśnie zastanawiam się, po co marnuję czas z tobą, zamiast iść do tego boga seksu i rozpusty. – Wokalista zaśmiał się w głos.
- Wybacz, że marnuję twój czas. Jak masz na imię? Przepraszam, że od razu nie spytałem, ale jakoś tak wyleciało mi z głowy.
- Maribel.
- Bardzo mi miło. Cieszę się, że mogłem z tobą porozmawiać chociaż przez chwilę.
- Ja również. Do zobaczenia następnym razem – powiedziałam i poszłam przywitać się z resztą chłopaków, do których ustawione były kolejki czekających na swoją kolej fanów.
Po spotkaniu wyszłam razem z innymi na korytarz wiodący do wyjścia. Jak zwykle rozwiązała mi się sznurówka w jednym z butów, więc ukucnęłam by ją zawiązać. Nie wiadomo jak mocno wiązałabym te sznurowadła one zawsze znajdą sposób, by w końcowym efekcie pałętać mi się pod nogami. Gdy robiłam trzeci z kolei supełek, usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzna dobiegającą z pomieszczenia po lewej stronie. Nie chciałam być wścibska, ale usłyszałam jak wypowiadają nazwę zespołu. Pomyślałam, że może dowiem się czegoś ciekawego, jednak nie spodziewałam się, że to będzie tak straszna wiadomość.
- Hektorowi dużo już nie zostało, a nie znaleziono nikogo kto mógłby się nadawać – powiedział jeden głos.
- Jest sławny. Nie chce mi się wierzyć, że na świecie nie ma ani jednej osoby, która nadawałaby się na taki przeszczep.
- Stary! Tu nie chodzi o nerkę czy oko, ale o serce! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że trzymasz w piwnicy jakiegoś typa, któremu wyrwiesz najważniejszy organ w ciele i podarujesz go Hektorowi? Z resztą chłopak już pogodził się ze swoją sytuacją. Pozostał mu niecały rok, a potem...
- A potem co?
- A potem chłopacy będą musieli znaleźć innego wokalistę. Sam słyszałem jak Hektor mówił to do Maxa. Oni wszyscy są na to przygotowani. Myślisz dlaczego tak nie szaleje na scenie? Chce jak najdłużej być, a do tego tak strasznie kocha swoich fanów… - Nie chciałam tego więcej słuchać. Hektor jest chory? Potrzebuje… potrzebuje serca? Nie chciało mi się to mieścić w głowie. To nie mogło być prawdą! On? Nie… a może?... Nie będę o tym myśleć! Szybko zawiązałam buta i uciekłam zanim ktokolwiek zauważył, że coś słyszałam.
12.11.2016r.
Wieczór był chłodny, ale atmosfera na stadionie rozgrzewała nawet najbardziej zmarzniętych ludzi. Przez cały koncert przyglądałam się Hektorowi i faktycznie nie wariował na scenie tak jak kiedyś. Ograniczał się do lekkich podskoków w miejscu i szybkim przemieszczaniu się po terenie wyznaczonym dla zespołu. Tym razem również udałam się na Meet & Greed. Postanowiłam, że będę  udawać iż o niczym nie wiem. Z resztą to by było nie na miejscu być taką wścibską osobą. Kiedy Hektor mnie dostrzegł, uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Jednak się zjawiłaś?
- Chciałam zamienić z toba kilka słów.
- A co za to dostanę? – Wyciągnęłam ze swojej torby mały pakunek i wręczyłam go chłopakowi. Zaciekawiony przyjrzał się mu obracając go w różne strony.
- Ostrożnie. To serce! – Po tych słowach, zastygł w miejscu. – Z piernika – dodałam w obawie, że mógłby mnie źle zrozumieć. Po jego skonsternowanym wyrazie twarzy nie było ani śladu. Uśmiechnął się i rozpakował paczuszkę, w której faktycznie znajdowało się jedno wielkie serce, przecudnie pachnące piernikiem.
- Dajesz mi serce?
- W każdej postaci. Dziś akurat miałam pod ręką piernikowe.
- Dziękuję – powiedział. – Wiesz, zawsze uważałem, że mamy najlepszych fanów na świecie. Chciałbym poznać każdego z nich. Porozmawiać z każdym z osobna, tak jak teraz z tobą. Chciałbym, żeby każdy fan czuł się ważny i zauważony. Wiem co to znaczy spaść na sam dół. – Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć. To były piękne słowa. Na każdym z koncertów zawsze zwracał się do swoich fanów z ogromną sympatią. Niejednokrotnie powtarzał, że jesteśmy najlepszymi fanami, jakich mógł sobie wymarzyć, ale dopiero powiedzenie mi tego prosto w oczy sprawiło, że naprawdę w to uwierzyłam. Znałam poniekąd historię Hektora z gazet. On sam w wywiadach również nie ukrywał co przeszedł w dzieciństwie oraz z jakimi demonami musi walczyć teraz. Będąc dzieckiem, niejednokrotnie był molestowany przez przyjaciela rodziny, co trwało kilka lat, jego rodzice byli po rozwodzie. Nie obyło się bez zażywania narkotyków i picia. Teraz Hektor wychodził na prostą, poniekąd dzięki chłopakom z zespołu, ale nadal zmagał się z depresją, a teraz jeszcze ze świadomością, że może to ostatnie miesiące jego życia… Nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić jak trudna musi być taka świadomość. Robiłam sobie właśnie zdjęcie z Rayanem, gdy na drugim końcu sali usłyszałam głośny śmiech Hektora. Robił głupie miny do młodych rodziców, u boku których stał mały chłopiec i z błyskiem w oku patrzył na wokalistę.
Jaka siła w tobie drzemie, że jesteś w stanie się uśmiechać mimo tego bólu jaki cię otacza? – Pomyślałam.

06.01.2017r. 
HEKTOR

Coraz gorzej się czuję. Niesamowicie się męczę, ciężko mi się oddycha, ciężko mi się chodzi… Chyba następny koncert odbędę na siedząco. Zrobimy z chłopakami setlistę samych melancholijnych kawałków i nikt nie zauważy, że coś jest nie tak. Po prostu przy takich utworach dobrze jest sobie posiedzieć. Nie wiem dokładnie ile mi zostało. Miesiąc? Może dwa? Albo pół roku? Jeśli mam być szczery, to nawet o tym nie myślę. Cieszę się z każdego dnia, w którym otwieram oczy i widzę porozrzucane ciuchy Maxa, rozwichrzone włosy Jonathana wystające spod kołdry czy otwartą buzię Boba, do której zmieściłby się… albo nie… nie będę tego kończył.  Od kilku miesięcy  tworzymy nowy materiał na nową płytę. Mamy kilkanaście szkiców piosenek, ale to dalej nie jest to co chcielibyśmy pokazać światu. Kolejny koncert jest za tydzień w Tokio. Byłbym mile zaskoczony, gdybym zobaczył tam Mirabel. Przez ostatnie miesiące nie opuściła żadnego koncertu, gdziekolwiek by się odbył i zawsze wręczała mi ogromne serce z piernika. Musze przyznać, że jej wypieki smakują wyśmienicie. Kiedy pierwszy raz przyszła z tym sercem, przestraszyłem się, że skądś się dowiedziała o moich problemach zdrowotnych. To trochę surrealistyczne, ale w pierwszej chwili naprawdę myślałem, że przyniosła mi żywe serce, wyciągnięte z czyjegoś ciała, bijące, w woreczku z lodem. Poczułem ulgę gdy zobaczyłem, że to zwykły piernik. Ostatnio mało rzeczy mnie cieszy. Mój wewnętrzny Hektor coraz bardziej wżyna mi się głowę i doprowadza do szaleństwa. Mirabel jest jedną z tych osób, która odciąga mnie od ponurych myśli. Moi fani są tymi osobami, dla których mam siłę żyć i póki starczy mi sił chcę koncertować i dawać im poczucie, że są dla mnie ważni. Mam w nosie dochody i sławę. Chciałabym aby inni ludzie uwierzyli w siebie, w swoje możliwości, talenty, chciałbym z nimi dzielić swoją radość i towarzyszyć im w trudnych chwilach. Mam nadzieję, że nasze piosenki chociaż w połowie pomagają niektórym przetrwać ciężkie momenty w życiu. Ja nie miałem tego luksusu, co nie oznacza, że nie chcę go ofiarować innym.

13.01.2017r.

Przyleciała! Ta dziewczyna jest niesamowita. Nawet Max kręcił z aprobatą głową. Maribel już kilkakrotnie zapewniała, że słucha nas od kilku lat, ale nie potrafię w to uwierzyć. Dlaczego wcześniej nie pokazała się na żadnym spotkaniu, a teraz robi to przy każdej możliwej okazji? Może coś ją blokowało? Niemniej jednak stoi tu!  Ubrana w morowe spodnie i koszulkę z naszymi podobiznami. Uśmiecha się, a w ręku trzyma paczuszkę. Nawet nie musi mówić, co jest w środku bo doskonale wiem, że serce z piernika. Zostaje do samego końca, a potem żegna się z nami wszystkimi obiecując, że jeszcze się spotkamy. Ostatnio do paczki zawsze dodaje sześć małych karteczek dla każdego z nas, z indywidualną wiadomością. Znajdujemy na nich przeróżne wiadomości począwszy od tego, że Dominic świetnie grał na basie, po prośbę, by Max zastępował mnie w wokalu. Serio?! Czy Max śpiewa aż tak dobrze, że jest w stanie mnie przebić? Nieee to nie możliwe.
Teraz mamy dłuższą przerwę w koncertowaniu. To idealna okazja na pisanie tekstów, tworzenie nowych melodii. Czuję, że nadchodzący album będzie wyjątkowy i inny od pozostałych. Będzie jedyny w swoim rodzaju.

20.06.2017r.

Razem z Hybrydą mamy koncert w Krakowie. Już raz tu byliśmy i miło wspominamy ten czas. Postanowiłem, że zaśpiewam kilka mocniejszych kawałków. W końcu moje serce nie nawala z powodu mojego głosu i nijak z nim koliduje, więc mogę trochę powrzeszczeć. Na stadionie zebrały się ogromne tłumy. Rzesze fanów wręcz zalały całą Ergo Arenę. Max zadecydował byśmy pokazali jedną z najnowszych piosenek. Jest ona dla mnie na tyle ważna ponieważ opowiada moją historię. Zmaganie się z trudnymi chwilami w życiu, ale i przesłanie, że nie wolno się poddawać i pozwalać by depresyjne stany były naszym powietrzem. To my jesteśmy panami swojego umysłu i tylko od nas zależy czy damy się manipulować, czy przejmiemy kontrolę.
Byłem pozytywnie zaskoczony słysząc jak tłum śpiewał refren razem ze mną. Ten utwór miał niespełna tydzień, a ci ludzie już znali jego słowa na pamięć. Widziałem na twarzach ludzi stojących pod sceną wzruszenie. Wyciągali w naszą stronę ręce, jakby się bali, że nagle wyparujemy. Cóż… w moim przypadku jest to całkiem możliwe, ale reszta chłopaków przecież pozostanie.
Nie ukrywam, że byłem bardzo ciekaw co na temat nowej piosenki mają do powiedzenia nasi fani. Dlatego jak tylko wszyscy, którzy dostali się na Meet & Greed weszli do hali, zapytałem co o nim sądzą. Zdania były różne. Jedni narzekali, że to już nie ta sama Hybryda co kiedyś, innym się podobało, ale najważniejsze było to, że każdy z nich jednogłośnie stwierdził, że nie ważne w jaki nurt muzyczny pójdziemy, oni nadal będą nas wspierać. W tym kilkudziesięciu osobowym tłumie była również ona. Maribel. Ale wyglądała inaczej. Miała zapadnięte oczy i ciemną skórę, jakby siną. Nie wyglądała dobrze. Na pewno gorzej ode mnie, a to przecież ja byłem chory. Podeszła do mnie sama. Tym razem nie czekała, aż sam ją przywitam. Bez słowa uścisnęła mnie i… wręczyła paczuszkę, a potem po prostu wyszła. To było strasznie dziwne. Kiedy znaleźliśmy się w hotelu, każdy z nas otworzył swoją karteczkę napisaną do nas przez Maribel i każda była na swój sposób smutna, nostalgiczna… nie miała w sobie tego co zawsze, tej ironii, aluzji i lekkiej uszczypliwości. Przeczytałem swoją karteczkę.
„Czy pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? W życiu człowieka przychodzi taki moment, że sobie o czymś przypominamy. Nie wyrzucaj tej kartki. Jeszcze ci się przyda”.
Według zalecenia, schowałem tę karteczkę do portfela. Z resztą żadnej z tych karteczek nie wyrzuciłem. Były zabawne i zawsze dawały mi dowód na to, że nie tylko ja staram się być dobry dla swoich fanów, ale i oni chcą bym czuł się dobrze. Kolejny koncert miał być moim ostatnim przed operacją, do której nigdy nie dojdzie. Do dziś nie zgłosił się żaden dawca, a to oznacza, że moje męki niedługo zostaną skrócone. Ostatni koncert, na którym będę się musiał pożegnać, ale w taki sposób, żeby nikt tego nie zauważył.

17.07.2017r 
MAX

Los Angeles. Hektor ciągle nam powtarza, że to jego ostatni występ. Jesteśmy na tę chwilę przygotowani, ale nie potrafimy się z tym pogodzić. Ciągle mam w sobie iskierkę nadziei, że może coś się zmieni, może jednak się uda… Nasz przyjaciel jednak nie daje nam żadnych złudzeń. Dziś pożegna się z fanami. Na zawsze.
Wychodzimy na scenę, tak jak zwykle otoczeni wrzawą i piskiem fanów. Czujemy się jak w roju, który tylko czeka na pierwsze brzmienia zadane przez gitarę Boba. Zaczynamy od starszych kawałków, przechodząc w te nowsze, bardziej nostalgiczne. Widzę jak Hektor się męczy, jak próbuje złapać głębszy oddech. Na scenie jestem jego podporą. Niejednokrotnie opiera się o mnie, niby w przyjaznym geście, ale ja wiem, że po prostu nie ma siły stać o własnych nogach. Ludzie pod sceną chyba tego nie zauważają, bo każdy jest uśmiechnięty i razem z nami śpiewa nasze piosenki. Przy utworze zatytułowanym „Zagubione drogi”, Hektor schodzi na widownię. Dwójka ochroniarzy trzyma go za spodnie, by nie został porwany przez tłum, a on stara się złapać jak najwięcej dłoni, spojrzeć w jak największą ilość twarzy. Chce zapamiętać tych ludzi, którzy przyszli tu dla niego, dla nas. Na wielu z tych twarzy widzę łzy wzruszenia. Nikt nie rzuca się na Hektora, tak jak to bywało przy mocniejszych utworach. Teraz każdy po prostu chce go dotknąć, przekonać się, że jest prawdziwy, przez chwilę poczuć, że on jest tu naprawdę. Kiedy kończy się piosenka, stadion tonie w ciemności, zaś ludzie nagradzają nas gromkimi brawami i rykiem zachwytu. Chyba nikt tak naprawdę nie zauważył, że to miało być właśnie pożegnanie. Hektor nigdy nie wychodził do ludzi na dłużej niż na kilka sekund. Tym razem stał wśród tłumu przez pół koncertu, pozwalając się dotykać, przyjmował nieme podziękowania i słowa otuchy. Był jednością ze swoimi fanami i jedynie blask reflektorów i rozmytych w oddali telefonów komórkowych rozświetlał stadion i twarze zebranych.
To było piękne i smutne zarazem…
Na Meet & Greed nie było dziś Mirabel. Jej ostatnia karteczka do mnie głosiła: „Jesteś cudownym przyjacielem. Trwaj przy swoich bliskich, którzy Cię kochają”. Podświadomie czuję, że to była aluzja względem Hektora.

20.07.2017r. 
HEKTOR

To niemożliwe! Po prostu w to nie wierzę! Dostałem wczoraj wiadomość, że znalazł się dawca i operacja będzie mogła zostać wykonana już następnego dnia! Leżę właśnie na stole operacyjnym. Narkoza jeszcze nie zaczęła działać, ale obraz przed oczami już mi się zamazuje. Ostatnie co widzę, to zatroskane twarze moich przyjaciół z zespołu. W oczach Maxa dostrzegam łzy.

21.07.2017r.

Czy to znaczy, że żyje? Jestem w stanie poruszyć palcami, widzę cała aparaturę, do której jestem podłączony, a przy niej majstruje najbardziej ludzka pielęgniarka. Nie dostrzegam skrzydeł, ani rogów, więc to chyba istotny znak, by stwierdzić, że dalej jestem na ziemi. Nie czuję się jeszcze w pełni silny, by robić coś innego prócz oddychania. Powoli zamykam powieki i zapadam w spokojny sen.

31.07.2017r.

Wychodzę ze szpitala, w którym dokonano przeszczepu serca. Powoli ubieram się i z pomocą chłopaków pakuję swoje rzeczy, gdy na salę wchodzi mój lekarz prowadzący. W dłoniach trzyma paczuszkę, która widziałem już wiele razy. Mimo że domyślam się, co znajduje się w środku, drżącymi rękami odbieram paczkę od milczącego doktora i siadam na skraju łóżka. Chłopacy otaczają mnie i z niecierpliwością czekają, aż otworzę podarunek. Chyba nie muszę wam mówić, jak cholernie trzęsły mi się ręce? W środku tak jak zawsze dostrzegam serce z piernika, ale prócz tego znajduje się pięć małych karteczek i jedną większą. Każda z nich jest zaadresowana do jednego z nas. Dla mnie ta największa. Otwieram ją i czytam.
„Drogi Hektorze,
Jeśli to czytasz, to znak, że wszystko przebiegło zgodnie z moim planem i Twoja operacja się udała. Wiedziałam o niej od naszego pierwszego spotkania. Nie będę tu pisać kto to powiedział, by nie sprawiać tej osobie kłopotów. Z resztą… to była tylko podsłuchana rozmowa. Pragnę abyś wszystko zrozumiał i nie czuł wyrzutów sumienia, po tym, gdy w końcu dowiesz się prawdy. Nazywam się Maribel Bieńkowska i mieszkam w Szklarskiej Porębie. Moi rodzice są właścicielami jednych z dwóch największych firm produkcyjnych w Polsce i miesięcznie zarabiają krocie. Jeśli mam być szczera, pieniędzmi mogłabym sobie podcierać tyłek, ja jednak wolałam wybierać się w najdalszy zakątek świata, by Was posłuchać i cieszyć się z każdego koncertu jaki graliście. Musisz wiedzieć, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają na godne życie. Mi niestety nie były w stanie pomóc największe bogactwa tego świata i jeszcze zanim zamieniliśmy pierwsze słowa ze sobą, ja wiedziałam co mnie czeka. Jestem śmiertelnie chora. Lekarze nie wiedzą co dokładnie mi dolega, wersji jest wiele, ale nie wiadomo, która prawdziwa. Chciałam poużywać życia, wycisnąć z niego jak najwięcej, by na łożu śmierci móc zamknąć oczy w przekonaniu, że niczego nie żałuję. Od zawsze Cię podziwiałam. Znałam poniekąd Twoją historię i wiem, że cierpisz na depresję. Chcę Ci napisać – NIE POZWÓL BY TOBĄ ZAWŁADNĘŁA! Nie zasłużyłeś na taki los! Ciesz się z życia, bo dla Ciebie jest jeszcze nadzieja!
Pamiętasz nasze drugie spotkanie? Powiedziałam Ci wtedy, że za rozmowę oddaje Ci moje serce. Nie kłamałam. Dotrzymałam danej Ci obietnicy i teraz – czytając ten list – moje serce bije dla Ciebie w Twoim ciele. Zawsze będę z Tobą niezależnie gdzie powiodą Cię Twoje ścieżki, pamiętaj, że masz dla kogo żyć, że ja dałam Ci wszystko co miałam byś Ty mógł się tym dzielić z innymi. Nie zmarnuj tego daru! Bo to nie przekleństwo, a dar!
Nie było żadnych przeciwwskazań, bym po swojej śmierci oddała swoje narządy. Zastrzegłam sobie jedynie prawo do tego, aby serce trafiło właśnie do Ciebie. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Rodzice również się na to zgodzili. Byli wręcz dumni z tego, że nawet gdy mnie zabraknie, jakaś cząstka mnie pozostanie na tym świecie. Każde z nas było na to przygotowane, tak jak Ty. Los jednak chciał, byś mógł dzielić się swoim szczęściem jeszcze przez chwilę tu na ziemi. Proszę Cię jedynie byś nie zmarnował tej szansy i życzę Ci abyś wyszedł totalnie na prostą, z czystą kartą, bez depresji, bez żalu i smutku. Będę Cie obserwować z góry i trzymać kciuki za każdy kolejny koncert. Daj z siebie wszystko. Pamiętaj, że Niebo jest wysokoooo i Twój głos musi być silny, bym mogła go usłyszeć.
Do zobaczenia po drugiej stronie – Twoja Mirabel.”
Nieświadomie trzymałem rękę na klatce piersiowej w miejscu, gdzie biło moje… jej serce. Każde to spotkanie, jej słowa… ona wiedziała to od samego początku! Musiałem coś z tym zrobić, musiałem sprawić by emocje we mnie buzujące wypłynęły na powierzchnię. To był ten moment kiedy nasz nowy album powinien wyjść na światło dzienne. Brakowało mu tylko jednego utworu…

08.08.2017r.

Razem z chłopakami wyszliśmy na scenę. To był Gdańsk. Pierwszy raz tu występowaliśmy, jednak czułem, że to właśnie w tym kraju po raz pierwszy powinny wybrzmieć słowa nowych utworów. Wszyscy stali na swoich miejscach. Bob usiadł na krześle i zaczął grać pierwsze akordy nowej piosenki.
- Ta piosenka jest dla mnie szczególnie ważna. Nosi tytuł „Jeszcze jedno światło” i jest dedykowana dziewczynie, która otworzyła mi oczy i sprawiła, że życie stało się łatwiejsze. Dla Maribel, za jej serce.
Po stadionie rozniosły się pierwsze nuty nowej piosenki, a ja zacząłem śpiewać.

1* „Czy powinieneś był zostać,
gdzie te znaki, które zignorowałem?
Czy mogę ci pomóc, żebyś nie cierpiał już więcej?
Zobaczyliśmy blask, kiedy świat był pogrążony we śnie
Są rzeczy, które możemy mieć,
ale nie potrafimy utrzymać

Jeśli powiedzą
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak

Wspomnienia załamują grunt pod Twoimi nogami
W kuchni jedno krzesło więcej, niż potrzebujesz
I jesteś wściekły i powinieneś być, to nie sprawiedliwe
Tylko dlatego, że nie możesz tego zobaczyć
Nie oznacza, że tego nie ma

Jeśli powiedzą
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak

(mnie tak)

Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak
Cóż, mnie tak”

Zgasły światła, a ciemność oddała hołd dziewczynie, która podarowała mi drugie życie i kruche serce z piernika.



       
Anna Grzebalska
Co było a nie jest zapisz dla potomnych w rejestr

Pod moimi nogami skrzypiał śnieg a gdy przed wyjściem z ciepłego domu spojrzałam na termometr, ten niemiłosiernie pokazywał minus siedemnaście stopni na minusie. Przez cały dzień padał gruby śnieg. Brrr… jak zimno, pomyślałam i pociągnęłam nosem. Wtedy przypomniałam sobie słowa babci ,,taka zima to nic, jak dziś pamiętam tę w 1942 roku. Wtedy to była prawdziwa zima’’. Znowu po chwili przypomniałam sobie jak tata opowiadał, że jednego roku w czasach jego młodości spadło sporo śniegu. Można było zjeżdżać na sankach z dachów niskich w tamtym czasie domostw. Fakt, teraz aż tak źle nie ma, ale ja i tak uważam, że jest za zimno. O zimie można mówić, czytać i oglądać ją na szklanym ekranie a ostatecznie obserwować przez szybę w domowych pieleszach. Tymczasem obcować z nią… aby do wiosny. Tymczasem myśląc o tym przemierzałam małą wioseczkę aby przeprowadzić wywiad z pewną staruszką. Miałam przeprowadzić wywiad z ciekawą osobą i do głowy wpadła mi pani Helena. Znałam ją od dziecka, wszak mieszkałam w tej samej miejscowości przez większość swojego życia. A potem studia, praca w lokalnej gazecie. I tak by być bliżej pracy zamieszkałam w mieście, następnie założyłam rodzinę i wsiąkłam w otoczenie, ale teraz musiałam na parę godzin wrócić do swoich korzeni. Umawiając się jednak na spotkanie nie wiedziałam, że tego dnia będzie taka pogoda. Cóż robić, nie mogłam go odwołać. W sumie można się było tego spodziewać wszak mamy już zimę. Trzeba zacisnąć zęby i robić swoje. W razie czego przecież mogę przenocować później u rodziców. 
Na ganeczku pani Heleny świeciło się światło. Zadzwoniłam. Po chwili siedziałam już przy nagrzanym kaflowym piecu grzejąc zmarznięte ręce. Od razu poprawiło mi się samopoczucie. 
-Pomyślałam, że będzie przyjemnie usiąść przy ciepłym piecu. Martusi, może napiłabyś się herbaty z cytryną? A może wolałabyś sok malinowy? Dziś jest chłodno, pewnie zmarzłaś. A może spróbujesz pierniczków, które kilka dni temu upiekłam?- zapytała się staruszka.
- Z chęcią. Dziękuję –odparłam z wdzięcznością. Kawy nie lubiłam. Nie jadałam nawet ciasta z tym dodatkiem.                                                                                                                                         
Po chwili siedziałam już z kubkiem parującej herbaty z dodatkiem tegorocznego soku malinowego oraz korzennymi pierniczkami w kształcie serc. Z opasłej torebki wyjęłam dyktafon oraz notes z pytaniami jakie miałam zamiar zadać dzisiejszego wieczoru. Już po chwili z ust mojej rozmówczyni popłynęły słowa, które złożyły się na jej życiorys.
-Urodziłam się 1 marca 1928 roku jak córka Anny z Grzegorczyków i Wincentego Krojców. Miałam kilka sióstr oraz jednego brata, który umarł szybko po narodzinach. Z pośród całego rodzeństwa, które dożyło dorosłości byłam najmłodsza. Rodzice utrzymywali się z rolnictwa. Nie było to jednak wielkie gospodarstwo rolne. Raczej takie, jak wiele innych w naszej okolicy czyli wystarczało tylko na wyżywienie licznej gromady dzieci. My oczywiście w nim pomagaliśmy gdy tylko trochę podrośliśmy. Jednak nasze szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz  wybuchem tej okropnej wojny, która zniszczyła tyle istnień ludzkich…
- A czy mogłaby pani coś bliżej o nim opowiedzieć?
- Oczywiście. W tamtych czasach Brzeźnica Nowa zresztą tak ja obecnie była oddalona od wielkich szlaków komunikacyjnych. Samochodu nikt nie miał, autobusów nie było. Ba, nawet rower to był luksus. Do miasta jeździło się furmankami albo chodziło się na piechotę. Kilka lat wcześniej, przed moimi narodzinami władze kościelne zgodziły się na posiadanie własnej parafii, była stara kaplica, ale przez całe dwudziestolecie ksiądz proboszcz z mieszkańcami wybudowali i próbowali wykończyć nowy budynek świątynny. Dzięki czemu do kościoła mieliśmy bardzo blisko. I z tego skrzętnie wszyscy korzystaliśmy. Była też u nas szkoła. Znajdowało się w niej dwie sale lekcyjne. Była to typowo wiejska szkółka z jedną nauczycielką. Pierwsza z nich nazywała się Marcjanna Romanowska. Nietypowe miała dziś imię, prawda ? Największa frekwencja na lekcjach była w zimę, w pozostałe pory roku było trochę gorzej. W lato lekcje mieliśmy po południu jak przygnaliśmy krowy. Uczyliśmy się po 2-3 godziny od poniedziałku do soboty. Wiem, teraz jest inaczej. Obecnie dzieciaki uczą się od poniedziałku do piątku a w sobotę maja labę. My niestety tak dobrze nie mieliśmy. Z drugiej strony nie siedzieliśmy w szkole tyle czasu co dzieci i młodzież obecnie. A mam wrażenie, że im więcej się uczą tym  mniej umieją. Ja lubiłam się uczyć, było to jedno z moich ulubionych zajęć. W tym czasie było weselej niż teraz. Młodzi się razem wieczorami spotykali, śpiewali razem i rozmawiali. Wynajdowało się gry i zabawy. Zresztą nie było takiej technologii co teraz więc ludzie spotykali się osobiście a nie jak teraz… Niedaleko nowej szkoły mieszało parę rodzin żydowskich. Pamiętam do dziś takie jedno zdarzenie… Suchel Pączek, też z Brzeźnicy był handlarzem. Akurat u nas ocieliła się krowa. Była bardzo agresywna i nie lubiła obcych. Tata to ciele co już miało dwa tygodnie chciał sprzedać. Pewnego dnia przyszedł Suchel je obejrzeć by może później zakupić, a tata mówi ,,Suchel nie wchodź do obory, bo krowa nikogo do niej nie wpuści’’. Ten jednak nie posłuchał i wszedł. A krowa na niego. Zaczął krzyczeć i przez płot skoczył co był w oborze. Później mówi do taty ,,Wicek nie powiedziałeś, że ona taka agresywna’’. Tata wtedy wziął ją uwiązał na krótkim powrozie i Suchel obejrzał to ciele. 
- I kupił?
- Kupił. Tak było. Zresztą my, mieszańcy wsi dobrze żyliśmy z innymi mieszkańcami wyznania mojżeszowego. Ci ,,nasi Żydzi’’ byli życzliwymi ludźmi.  Pomagaliśmy sobie nawzajem.                    – A mogłaby pani odwiedzić jak wyglądała wieś z lat 20 i 30 XX wieku ? Może pani powiedzieć jak wyglądał rok na wsi?                                                                                                             
– Przede wszystkim ludzie na wsi w tym czasie mieszali w wagonówkach to znaczy domach, które składały się z kuchni, pokoju, komórki oraz sieni. Kryte były strzechą. Przez to czasami wybuchały pożary, bo strzecha była łatwopalna. Jako ozdób używano makatek, firanek z bibuły, za obrazy wkładano palmy a na dworze przy drzwiach wieszano święcone wianuszki. Na Boże Narodzenie dom dekorowano świerszczyzną, kwiatami z bibuły oraz jak ktoś chciał snopem zboża. Po Świętach po wsi chodzili kolędnicy. Dziś już rzadko można spotkać kolędników.  Nowy Rok starano się obchodzić uroczyście by przegnać biedę. Z tej okazji robiono kociuby, wynoszono na dwór i wkładano w płoty. Przednówek był głodny. Było brak chleba i kartofli. Zboża w zasiekach starczało jak na lekarstwo. Na jedną drugą postu po wsi chodzili chłopcy i malowali okna wszędzie tam, gdzie była panna na wydaniu. W Wielkanoc rano chodziliśmy całymi rodzinami na rezurekcje i śpieszyliśmy się, bo ważne było kto prędzej wróci do domu. W poniedziałek wielkanocny czyli lany poniedziałek chłopcy biegali z wiadrami od domu do domu, gdzie były panny by oblać je wodą. Maj obchodziliśmy uroczyście. Odprawiały się majówki w kościele, przy kapliczkach i krzyżach. Mniej więcej o tej porze roku obchodzono poświęcenie pól. Uczestniczyła w tym wydarzeniu cała wieś. Ludzie robili cztery stacje… 
- A co one oznaczały?
- Cztery stacje znaczyły tyle co cztery strony świata. Od jednej stacji do drugiej szli mieszkańcy z księdzem na czele, niesiono też krzyż, obraz i chorągwie. Przy każdej ze stacji ksiądz modlił się o pomyślne zbiory. Uroczyście obchodziliśmy Matki Boskiej Zielnej, na którą robiono wiązanki z ziół rosnących na polach i łąkach a na Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny robiliśmy równianki. Na nie składały się kłosy zbóż, płody rolne oraz kwiaty. Lato to był czas intensywnej pracy ręcznej, czas sianokosów i żniw. Nie trwały one tak jak teraz kilka dni, nie było maszyn, które ułatwiały prace. Wszystko trzeba było robić ręcznie. Siano grabiliśmy drewnianymi grabiami. Zboże kosiło się sierpami i z nich robiło się snopki. Później układało się po kilka razem by wyschły. Na jesień robiono wykopki. Te też trwały o wiele dłużej niż teraz. W listopadzie wiło się wieńce. Były one albo na sznurku albo powrozie, kwiaty robiono z bibuły. Igliwie przywoziło się często z lasu.
- Pani Heleno, a czy zaskoczył was wybuch wojny ? Jakie były nastroje w jej przededniu ?
- Rano pierwszego września przebudziliśmy się. Chłopaki byli już gotowi. Szykowali się. Wszyscy płakali. Nie wiedzieliśmy, że wojna już wybuchła. Poszliśmy do pani Romanowskiej, tej nauczycielki. Ona miała radio z trąbką, jak przy megafonie. Cała droga przy jej domu była usłana ludźmi i słuchaliśmy z uwagą co nadaje radio. A nad nami niemieckie samoloty latać zaczęły. A w radiu słychać straszne wieści. My tego słuchaliśmy siedząc na piasku. Ludzie płakali, bo synów i ojców do wojska pozabierali. Myśleliśmy, że już żaden nie wróci. Ludzie bali się pracować przy polach niedaleko torów. Powód był prosty. Niemcy je bombardowali. Raz mój ojciec pojechał siać zboże na pole właśnie blisko torów.  Jak najeźdźcy zaczęli je bombardować to schował się w miedzę, koń w tym momencie zaczął uciekać z bronami i pokaleczył się. Podobne zdarzenie spotkało mojego przyszłego męża, Józefa. Wtedy nie miał ukończone nawet 17 lat. Pojechał ze swoim ojcem, Stanisławem siać zboże. Wtedy zaczęło się znowu bombardowanie. Cała wieś słyszała huki od wybuchów bomb. Każdy chował się gdzie mógł, bo nie dość, że Niemcy bombardowali to jeszcze strzelali do ludzi z karabinów maszynowych. Samoloty latały prawie codziennie , ludzie ze strachu zaczęli budować schrony w stodołach albo na polach. To co się działo.. to co Niemcy wyczyniali było straszne. Jak człowiek może robić takie straszne rzeczy? Do tej pory nie mogę tego pojąć…
- Pani Heleno a jak zmieniła się sytuacja, gdy okupant zajął już wszystkie połacie kraju ?
- Po przegranej kampanii wrześniowej i zajęciu naszego terenu przez hitlerowców samoloty przestały się pokazywać na niebie. Teraz Niemcy zaczęli przyjeżdżać samochodami lub furmankami. Niemcy nie bronili pracy na polu, ale każdy bał się, po potrafili prosto z pola zabrać na roboty. Ludzie zaczęli bać się odwiedzać znajomych. Wkrótce przyszły pierwsze okupacyjne Święta, ale nie było tak jak w niepodległej Polsce uroczystej pasterki. Ksiądz bał się odprawić tak późno mszę. Same Święta były smutniejsze i jeszcze biedniejsze niż podczas niepodległej Polski. Trzody chlewnej ludzie już nie trzymali, bo Niemiec zabierał. W ogóle to pobierali duże kontyngenty. Zabroniono mleć zboże w młynach, teraz robiliśmy to w żarnach. Do szkoły podczas okupacji nie chodziliśmy. Jak ktoś chciał, to chodziło się po jednym czy po dwoje prywatnie do nauczycieli. Ja osobiście nie chodziłam do niej chociaż bardzo chciałam. Było to już po śmierci rodziców kiedy pewnego razu Karola, moja starsza siostra powiedziała mi ,,nauczycielką nie będziesz, krowy trzeba paść’’, gdy chciałam się kształcić.
- Kiedyś spotkałam się z taką opinią jakoby rok 1942 była dla tutejszych mieszkańców najtragiczniejszym rokiem pośród wszystkich lat okupacji. Czy się pani z tym stwierdzeniem zgadza?
- Z całą pewnością  zgadzam się z tym stwierdzeniem. Już 15 stycznia tego właśnie roku Niemcy zamordowali mojego ojca oraz Michała Żuczka. Powodem był nieterminowe oddanie kontyngentu. Dla nas to była tragedia. Zabili go na drodze przy naszym domu i tak jak zabili zostawili. A następnego dnia na tyfus zmarła nasza matka. Zostałyśmy same z siostrami. Ciężko nam było ze wszystkim, bo byłyśmy jeszcze młode i nie przygotowane do samodzielnej walki o byt. Nie miał bardzo kto nam pomóc. Nie miał kto się nami zająć, nie miałyśmy co jeść, w czym chodzić, brakowało opału. Na dodatek w tym czasie ja i jeszcze jedna moja siostra byłyśmy chore. Straszne to było, ciężko było się po tych wydarzeniach otrząsnąć. Zresztą w tym roku w parafii było wiele zgonów związanych z chorobami. Pod koniec maja aresztowano kilka osób i osadzono na Zamku Lubelskim. Wśród nich byli bracia mojej kuzynki oraz przyszły mąż, teść i szwagier. We wrześniu wszystkich rozstrzelano w radawieckich lasach. Przeżył Józef oraz jego ojciec. Przeznaczone było im żyć i przeżyli. Nawet w takiej sytuacji Bóg miał inne plany dla nich. Innym wydarzeniem, które wyryło mi się w pamięci była pacyfikacja miejscowych Żydów. Spalono ich domostwa a samych mieszkańców wywieziono. Nie potrafię powiedzieć gdzie zostali wywiezieniu i co się potem z nimi stało. To wydarzenie miało miejsce chyba w listopadzie. Były też inne aresztowania. Tych osadzono na Majdanku- byłym nazistowskim-niemieckim obozie koncentracyjnym. Tak, o tym trzeba mówić głośno. To Niemcy zrobili na polskich ziemiach, które były pod ich okupacją to takie piekło na ziemi. Oprócz tego wywożono też przez całą okupację na roboty do Rzeszy. I u nas znaleźli się tacy co zostali tam ,,zatrudnieni’’. Moją siostrę złapali, gdy wracała od krawcowej. Na szczęście wyskoczyła z pociągu przed odjazdem. Potem pomógł jej znajomy konduktor. Byliśmy tacy szczęśliwi…. A potem było wyzwolenie… Chociaż tak naprawdę nie było to nic gwałtownego. Niemcy przestali przyjeżdżać a na ich miejsce zaczęli pokazywać  się chłopcy z AK. Niedługo potem ich miejsce zajęli Ruskie. To było w lipcu 1944 roku. Od razu zaczęły się prześladowania prawdziwych i domniemanych akowców. Zrobiło się bardziej niebezpiecznie niż za Niemca, bo chodziły różne bandy, udawali AK.  Natomiast my próbowaliśmy żyć spokojnie, odbudować co się dało.
- A jakie były pani dalsze losy?
- Przez wiele lat jeździłam na zarobki. Zawsze do tej samej rodziny. W końcu zaprzyjaźniłam się z tą rodziną i zaczęliśmy się traktować jakby było między nami jakieś pokrewieństwo. Do tej pory dzwonimy do siebie i jeździmy w odwiedziny.  Tymczasem z czasem komuniści zaczęli wprowadzać swoje rządy. Ludzie z czasem przywykli do tego, ale nie dali się przynajmniej w większości zbałamucić ideologią komunistyczną. U mnie w latach 60 zaszły wielkie zmiany. Jeszcze pod koniec 1959 roku wyszłam za mąż za już wspomnianego Józefa, w 1964 urodziłam syna kilka lat później córkę. Z mężem żyliśmy w zgodzie i oboje byliśmy pracowici. Dorobiliśmy się nowego domu i stodoły. Przeżyłam z mężem tyle lat, umarł 10 lipca 2010 roku. Zawsze szanował mnie i dzieci. Nie można powiedzieć o nim złego słowa a i sąsiadom pomagał, gdy była taka potrzeba. Dochowaliśmy się kilkoro wnuków oraz nawet prawnuka. Tak, tyle lat minęło. Tyle przeżyłam, tyle widziałam. Posmakowałam radości i smutku. Teraz najbardziej boję się o was, młodych ludzi. Niby mieszkamy w wolnym kraju, mamy niepodległość, ale brakuje dla was pracy. Za komuny była praca, ale nie dało się za zarobione pieniądze nic kupić a i brak było wolności. Teraz w sklepie półki uginają się pod ciężarem produktów, ale nie ma za co ich kupować. A jeszcze tyle młodych zostało zmuszonych do wyjazdu i pracy za granicą. Tyle rodzin przez to cierpi. Co za czasów doczekaliśmy? Ludzie biedują a ci co na górze rządzą tylko się kłócą. Nie dbają kompletnie o ojczyznę, tylko własne interesy, własne korzyści. Nie oglądam telewizji. Nie chcę się denerwować. Nie ma potrzeby. Wszędzie te same twarze. Tylko się kłócą, awanturują i obiecują. Kiedy to się zmieni? Ja na pewno już tego nie doczekam, ale wam młodym życzę abyście tego doczekali.
- Pani Heleno, dziękuję pani za wywiad. Jest niezwykle pouczający. A pani losy są wstrząsające...
- Nie wiele różnią się od losów moich równolatków, Martusiu. Mało jest rodzin, które nie straciły kogoś podczas tych starszych dni. A nas jest już coraz mniej. Coraz mniej naocznych świadków tamtych wydarzeń.
- Tak, jesteśmy szczęśliwcami, że mogliśmy was poznać i o tych czasach dowiedzieć się bezpośrednio od takich ludzi jak pani. Niestety niedługo nie będzie już kogo o wojnę i okupację zapytać. Pozostaną książki, zapisane wspomnienia i filmy.
- I to co wam ustnie przekażemy. Pamiętaj, że nie wszyscy piszą książki. Wiele jest takich osób,  które nie przekazują swoich losów innym. Jedni nie chcą mówić, drudzy nie mają komu.  Ich historie odejdą razem z nimi. Dlatego cieszę się, że mogłam dziś porozmawiać  panią. Teraz spełniło się moje małe marzenie bym mogła komuś o tym opowiedzieć. Chociaż taki mały okruch moich przeżyć przetrwa.
- Jeszcze raz dziękuję za znalezienie chwili wolnego czasu.
- Nie masz za co dziękować . Przyjemność po mojej stronie- pani Helena uśmiechnęła się. – Mam nadzieję, że te moje wywody do czegoś ci się przydadzą.
- Naturalnie. Gdy ukaże się wywiad dam pani znać. A i dziękuję za przepyszne serca z piernika oraz herbatę- odparłam.
Po kilkunastu minutach opuściłam dom mojej rozmówczyni. Teraz swe kroki skierowałam do mojego rodzinnego domu. Rodzice zapewne spodziewali się mnie, więc mama upitrasiła coś pysznego. Jak zwykle w tym temacie nie pomyliłam się. W wazie czekała pomidorówka z kluskami a cała kuchnia pachniała piernikami. Czułam ten zapach już przy wejściu do domu.
- Dobry wieczór, a co tak ładnie pachnie?- zapytałam.
- Witaj, córciu. Hania z Zuzią i Nastką upiekły pierniki. Wszak za kilka dni Boże Narodzenie. Zdejmuj kurtkę i siadaj-przywitała mnie mama.
- Już? Tak wcześnie wzięły się za pieczenie?- dziwiłam się w tym samym czasie zdejmując kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki i wieszając wszystko na wieszak.
- Pierniki muszą swoje odleżeć. Zapomniałaś?- zaśmiała się mama.
- A gdzie wszyscy domownicy?
- Twój ojciec znowu ogląda jakiś program dokumentalny o  wojnie. Kamil pojechał do pracy na drugą zmianę. A Hania z dziewczynami miały odrabiać prace domowe i zrobić łańcuch z bibuły na choinkę. A ja na ciebie czekałam. Głodna?
- Jak wilk.
- To myj ręce i siadaj. Już stawiam na stole kolacje. Wołaj wszystkich.
- Robi się –odparłam z ochotą.
Po kolacji siadłam z rodzicami w salonie i opowiedziałam im przebieg mojego wywiadu z naszą wspólną znajomą.
- Tak, pani Helena wiele przeszła w swoim życiu, ale żeby dożyć takiego wieku…- zamyśliła się mama i westchnęła - To stary przedwojenny materiał. Niemal niezniszczalny. A co się tyczy tych czasów to Niemcy wyprawiali na terenach Polski okropne rzeczy. Twoja ciocia opowiedziała kiedyś mi pewną historię. Kończy się tak jak wiele historii, w których udział biorą Niemcy.
- Źle ? –zgadywałam.
- Tak. Rzecz się dzieje w rodzinnej miejscowości twojej ciotki. Mieszkało tam pewne małżeństwo z jedynym synem. Mąż, gdy tylko wybuchła wojna poszedł do wojska. W domu została jego żona z synem. Pewnego razu przyszli do nich Niemcy i wymyślili szatańską zabawę kosztem chłopca. Mianowicie tego dnia gospodyni tego domu miała piec chleb i naszykowała dzieżę. Niemcy kazali wejść do niej chłopcu i ją przykryli. Udawali, że to trumna. Chłopiec tak przestraszył się tej zabawy, że ze strachu umarł.
- Naprawdę ? Co za bestie z tych ludzi ! Biedne dziecko, co też musiało przeżywać. Szkoda matki, że musiała przyglądać się na śmierć jedynego dziecka- nie mogłam uwierzyć, że ludzie potrafili zrobić coś takiego dla żartu lub zabawy. Czy oni nie mieli sumienia? A gdzie zwykła ludzka przyzwoitość? Dziwne, że Niemcy za to co wyrabiali nie ponieśli prawdziwej kary. A teraz mają czelność próbować zrzucać winę za okropieństwa wojny na nasz naród. Dlaczego na tego pozwalamy po tym wszystkim? Gdzie są ci co powinni walczyć o dobre imię Polski?
- Tak. Straszne działy się rzeczy. Wiele tragicznych historii niestety pozostało zapomnianych. Trzeba się starać aby zapamiętać jak najwięcej i przekazać tę pamięć kolejnym pokoleniom. Jesteśmy katolikami i powinniśmy wybaczać, ale nigdy nie powinnyśmy zapomnieć. Jesteśmy to winni tym co umarli za ojczyznę i tym, którzy zostali zabici tylko za to, że byli Polakami. Pamiętaj córciu.
- Pamiętam. I zgadzam się z tobą w zupełności.                                                                               Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas z rodzicami. W końcu mama poszła naszykować mi w pokoju gościnnym posłanie.
- Późno się robi-zaczął tata- a wiem, że po takich historiach jak te co dziś usłyszałaś masz potem koszmary. Aby temu zapobiec mam dla ciebie historię, która wydarzyła się kilka dni temu.  Pamiętasz pana Pigwę co przy szkole mieszka? Tydzień temu był u lekarza. Lekarz przygląda się niego i mówi ,,ale szyja’’. Na to pan Pigwa z dumą mówi ,,trzeba jeść’’. A lekarz na to dość poważnym głosem odpowiedział  ,, trzeba myć’’.
- Ha, ha, ha-zaśmiałam się- Skąd to wiesz?- dopytywałam się mojego tatę.
- Zdzisiek Pigwa opowiadał ostatnio przy kościele co to go spotkało u lekarza. Nie rozumiał kompletnie czego ten od niego chciał. Ach, ten jak już coś wymyśli to często nie wiadomo co z tym robić.
- Z czego się tak śmiejecie?- zapytała mama, która przed chwilą do nas dołączyła.
- Z historii pana Pigwy- odpowiedziałam.
- A z tego. Ech, jego już nic i nikt nie zmieni- mama tylko machnęła ręką- Chodziłam z nim do klasy i z niego był zawsze niezły łobuz. Często dał popalić nauczycielom. A Tomka Chojnickiego raz tak dzióbnął ołówkiem na lekcji, że ten biedny aż podskoczył. Nic, koniec na dzisiaj tych opowieści. Czas spać, bo późno. Ty masz pewnie wcześnie być w pracy Martusiu?
- Ach- westchnęłam -człowiek spieszy się by być dorosłym, ma nadzieję na więcej luzu. A potem nici. Chciałabym być znowu dzieckiem i teraz zamiast pracy robić ozdoby na choinkę.   –Wszystko ma swój czas i porę. Dobranoc.
Kilka minut później już spałam w świeżej i pachnącej pościeli. A przed oczami przebiegały mi usłyszane dziś historie. Tak, za nic w świecie nie chciałabym przeżyć tego na własnej skórze. Szkoda tych ludzi a jeszcze bardziej szkoda tylu zmarnowanych żyć. Czy naprawdę musiało do tego dojść? Tego nie wie nikt oprócz Najwyższego. Widać tego co nam jest przeznaczone nie da się uniknąć.   
Rano obudziłam się wyspana i wypoczęta. Wbrew moim dzisiejszym snom. Szybko wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie. Było jeszcze wcześnie, w kuchni zastałam tylko rodziców. Mama zaparzyła kawy i usmażyła jajecznicę.
- O której jedziesz do pracy?- zapytała.
- Jak tylko zjem śniadanie. Muszę zajechać jeszcze do domu. Muszę zobaczyć czy Grzesiek wyszykował dziewczynki do szkoły.
- Dawno nie były u nas- stwierdził tata.
- Tak. Jak wcześniej mówiłam były trochę chore. Musiały posiedzieć trochę w domu, ale w Święta pewnie przyjedziemy wszyscy. A my także nie mięliśmy bardzo czasu. Wiecie jak jest-westchnęłam.
- Niestety ciężko jest teraz młodym. Mam nadzieje, że chociaż przed Świętami będziecie mięli trochę więcej wolnego czasu. A w Święta liczymy na waszą obecność.                                             – Będziemy. Ja tylko mam do napisania ten artykuł a Grzesiek ma trochę więcej pracy teraz  żeby mieć wolne przed samą Gwiazdką.
Półtorej godziny później byłam już w pracy. Po zdaniu relacji i pokazaniu notatek usiadłam do laptopa by zająć się pracą.
- Marta, jak wywiad?- dopytywała się moja koleżanka z redakcji.
- A wiesz, całkiem dobrze poszło. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Na pewno naszym czytelnikom się spodoba.
- Z pewnością. A szef przebąkiwał coś, że jak czytelnikom się spodoba to takie wywiady będą się ukazywały w każdym numerze. I zgadnij kto tym będzie się zajmował-powiedziała tajemniczo.
- Kto?- byłam ciekawa kto będzie miał to szczęście redagować podobne wywiady do mojego. Nie marzyłam bym to ja miała ten przywilej. Wszak byłam jedną z najmłodszych i najmniej doświadczonych pracownic.
- Ty ! Uwierzysz?- zaszczebiotała.
- Naprawdę? Skąd to wszystko wiesz?
- Przypadkiem przechodziłam obok biura naszego szefa. I jakoś tak…- zaczęła się lakonicznie tłumaczyć.
Po świętach ukazała się gazeta z moim artykułem. Z tego co się dowiedziałam, cieszył się popularnością. Bardzo się z tego ucieszyłam. Byłam zadowolona, że historię pani Heleny poznali inni. I co najważniejsze, szef poprosił mnie o pisanie kolejnych artykułów dotyczących historii lokalnej. A na biurku miałam obszerny spis moich przyszłych rozmówców.
- Wiesz- powiedział-starsi ludzie mają wiele do powiedzenia. Sztuką jest chcieć ich słuchać. Dla niektórych gadają głupoty, dla innych nie mają nic ciekawego do powiedzenia albo mówią o czymś co było dawno i nie warto o tym pamiętać. Nie wiele jest osób, które potrafią wysłuchać historii naszych dziadków lub ojców. Dzięki takim osobom możemy zachować coś dla przyszłych pokoleń. Naród nie pamiętający swojej przeszłości nawet tej bolesnej nie ma   przyszłości. Historia jest jednym z elementów naszej tożsamości narodowej. Starsi ludzie powoli odchodzą. Wielu z nich nie miało z kim o swoim życiu porozmawiać. A przez wiele lat może się bali. Dlaczego? Przez to jaka była Polska przez wiele lat. Inni woleli zapomnieć, bo ich losy były naznaczone cierpieniem. Innych losy były mało chlubne, ale oni swoje grzeszki ukrywają przed innymi by nie można się o nich dowiedzieć. Nie często trafia się odważny, który chce o nich opowiedzieć dla przestrogi. Często tacy ludzie idą w zaparte. Jednak ogólnie teraz warto spróbować uratować coś z naszej historii wkomponowanej w losy jednostek. Musimy się spieszyć, bo zostało nam nie wiele czasu. A jesteśmy to winni naszym przodkom i naszym potomkom. Przeszłość zachować trzeba przyszłości- tak swoje wyjaśnienie decyzji zakończył szef dołączając listę z danymi moich rozmówców.
Tak byliśmy to winni dla tych co byli przed nami i będą po nas. Miałam nadzieję, że zdążę utrwalić jak najwięcej takich lokalnych historii. Często w porównaniu do tej wielkiej historii są zapominane a przecież tak nie może być. Należy znać też historię tą lokalną a jej poznawanie z pewnością stanie się pasjonującą przygodą do przeszłości. Dzięki niej zrozumiemy lepiej także historię tą ,,dużą’’.

Agata Rak
Pamiętny dzień

Ledwie otworzyłam oczy natychmiast rozdzwonił się telefon. Zaspana odebrałam rozmowę i usłyszałam głos mojej przyjaciółki Beaty, która jest jednocześnie siostrą mojego chłopaka. Z Beatą byłyśmy blisko od podstawówki, a jej przyrodniego brata Jacka poznałam dwa lata temu i znajomość od razu nabrała tempa iście ekspresowego. Jacek jest przystojny, inteligentny i ma duże powodzenie. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały. Uwodził ciemnymi oczami i wspaniałym ciałem o które bardzo dbał. Czemu wybrał akurat mnie nie wiem ale byłam bardzo zadowolona gdy spotkanie mi zaproponował. Później poszło już szybko.
- Słuchaj Anka czy wy z Jackiem macie zamiar się pobrać- wypaliła od razu prosto z mostu jak to ona.
- Nic o tym nie wiem ale bym się nie obraziła – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. A ty coś wiesz?
- Niby nic ale wczoraj mnie pytał jakie kamienie lubisz i jakie pierścionki ci się podobają - wyjaśniła. Chyba więc coś jest na rzeczy. Nie rozmawialiście na ten temat?
- Niby kiedyś mnie pytał o to czy bym się do niego nie przeprowadziła z Nowym Rokiem ale myślałam, że to żarty- wykrztusiłam zaskoczona.
- Chyba jednak nie skoro już zaręczyny planuje- roześmiała się Beata. Ups. No ale gapa ze mnie! To chyba miała być niespodzianka.
- Ej tam. Dobrze, że wiem co szykuje, bo bym chyba zawału dostała gdyby z tym niespodziewanie wyskoczył- roześmiałam się szczęśliwa.
- To może dziś wpadnę do ciebie po pracy i zrobimy sobie rundkę po sklepach?- spytała. Może byśmy suknie ślubne pooglądały?
- No coś ty nie śmiej się ze mnie ale wpadnij z tym, że jutro, bo dziś ma przyjść Jacek- zachichotałam rozłączając się.
Po tej rozmowie wstałam i wskoczyłam pod prysznic. Później poszłam do kuchni zaparzyć sobie kawę. Tym razem wybrałam waniliową. Schyłek lata tego roku był dość chłodny i od kilku dni padał deszcz. Wyjrzałam przez zapłakane okno i zapatrzyłam się na ogród. Kępa nawłoci przy furtce zaczęła już tracić urodę. Pnąca róża rozpięta na ganku jeszcze kwitła czarując czerwonymi płatkami. Podobnie jak różowe astry igiełkowe w ogrodzie sąsiadki.  Zamyśliłam się, wspominając chwile spędzone z Jackiem- jego uśmiech, ciepłe dłonie, żar w sypialni i serce z piernika, które mi podarował po miesiącu bycia razem. Wypiłam ostatni łyk zimnej już kawy i ruszyłam do wyjścia. Poranek powitał mnie mżawką. Dobrze, że nie leje. Pomyślałam rozkładając parasolkę. Po chwili ruszyłam w stronę przystanku omijając kałuże. W pracy byłam za parę minut. Nie spóźniłam się ale szefowa pani Wanda, pulchna pięćdziesięciolatka, popatrzyła na mnie z wyrzutem. Lubiła gdy wszyscy byli w pracy na długo przed czasem. Ja tym razem ją zawiodłam.
- A co to panienka tak późno dzisiaj- zagaiła. Dzieci w domu może płaczą albo mąż się źle poczuł.
- Oj pani kierowniczko nic z tych rzeczy. Autobus się spóźnił. Korek był - wytłumaczyłam się.
- To trzeba było przyjechać poprzednim. Każda by chciała na styk do pracy przychodzić i później się pół godziny rozbierać, kawkę parzyć, makijaż poprawiać, a praca czeka. Teraz wydajnym trzeba być, bo inni pracy nie mają i o niej marzą - narzekała z kwaśna miną.
 Już nic nie mówiąc zabrałam się szybko za pracę, dostrzegając kątem oka wykrzywioną zabawnie, za plecami kierowniczki, minę mojej koleżanki Baśki. Uśmiechnęłam się pod nosem i zachichotałam.
-A cóż to pani tak wesoło? Czy ja powiedziałam coś śmiesznego - warknęła pani Wanda biorąc się pod boki.
- A nie nic. Oczywiście, że nie. Tylko coś mi się przypomniało - wydukałam.
Praca mi się dłużyła w tym dniu. Pracowałam uczciwie bez przerw, a stos skoroszytów na biurku nie malał. Szefowa z ironicznym uśmiechem, przynosiła mi wciąż nowe. Pracę skończyłam o szesnastej i pognałam szybko do domu, bo wieczorem miał przyjść Jacek.
Jacek przyszedł przed siódmą. Przywitałam go w drzwiach, poprawiając włosy i już za moment utonęłam w jego ramionach. Przytulił mnie, pocałował i zajrzał mi w oczy.
- Słuchaj Aniu zrób się zaraz na bóstwo, bo mam dla ciebie niespodziankę. Zaplanowałem romantyczny wieczór w Europejskiej - rzucił z uśmiecham.
- O matko ale Europejska to strasznie droga restauracja - obruszyłam się. Chyba bank obrabowałeś. Tam kawa kosztuje chyba drożej niż obiad np. w Bałtyckiej.
- E tam aż tak droga nie jest. Poza tym dziś niezwykła okazja i mamy ją zapamiętać- dodał.
- A jaka?- spytałam robiąc wielkie oczy.
- A zobaczysz. To niespodzianka, a na razie sza - uśmiechnął się. Stolik zamówiłem na dwudziestą pierwszą to trochę czasu masz na przygotowanie. No zmykaj już i pamiętaj, że masz dziś wyglądać wyjątkowo pięknie.
Wyswobodziłam się z jego ramion i pomknęłam do łazienki. No to chyba faktycznie mi się oświadczy. Myślałam cała w skowronkach. Za moment wyciągnęłam się w wannie pełnej pachnącej wody. Później  natarłam ciało luksusowym balsamem, wysuszyłam włosy i ułożyłam je w misterny kok. Na ubranie i makijaż poświeciłam prawie godzinę. Efekt był zadawalający, bo z lustra patrzyła na mnie całkiem atrakcyjna brunetka o kocich oczach i zmysłowych ustach. Jeszcze tylko biżuteria, perfumy i już stanęłam przed Jackiem oczekując komplementów. Nie zawiodłam się.
- Jesteś dziś piękna. Wyjątkowo piękna – powiedział przypatrując mi się.
- Dziękuję. Powiesz mi teraz co to za okazja - spytałam.
- A nie. Jeszcze nie. Bądź cierpliwa - uśmiechnął się. Zaraz pojedziemy to się dowiesz.
Wyszliśmy przed dom gdzie stał wysłużony ford Jacka. Wsiedliśmy i Jacek ruszył już bez zwłoki. Droga zajęła nam parę minut. Do restauracji nie było tak daleko, a na ulicach po dziennych korkach nie było śladu. Niewiele samochodów nas mijało. Deszcz wystraszył też przechodniów. Restauracja okazała się naprawdę luksusowa. Było bogato ale wystrój nawiązywał do dawnych czasów. Wszędzie stały antyki. Było pełno szkła, roślin, a grube dywany tłumiły kroki. Kelner zaprowadził nas do stolika w rogu. Na stoliku płonęły świece. Usiadłam trochę niepewna, bo jeszcze w tak dobrej restauracji nie byłam. Jacek był pewny siebie i sprawiał wrażenie rozluźnionego. Kelner przyjął zamówienie i bezszelestnie zniknął. My zaczęliśmy rozmawiać.
- No to zastanowiłaś się Aniu czy chcesz ze mną zamieszkać- zagaił Jacek.
- Chcę, a kiedy- spytałam.
- No raczej szybko. Remont u mnie skończony to możesz w zasadzie już- ucieszył się.
- No to jeszcze drobiazg. Wyjdziesz za mnie – powiedział klękając na kolano i wyjmując pudełeczko z pierścionkiem.
Odpowiedziałam tak i w tym momencie nadchodzący kelner nie zdążył wyhamować, potknął się i cała taca z zamówionym jedzeniem wylądowała na Jacka plecach. Zrobił się ruch. Przerażony kelner usiłował mu pomóc. Kierownik sali bardzo przepraszał. Ludzie się przyglądali ale Jacek rezonu nie stracił. Już po chwili śmiał się serdecznie.
- No co? Przynajmniej będzie co wspominać- śmiał się strzepując makaron z ramion. Nasze dzieci też będą miały ubaw.
-Fakt i za ten luz i poczucie humoru cię miedzy innymi kocham- roześmiałam się już rozluźniona.
Przeprowadziłam się do Jacka w ciągu następnych kilku dni. Ślub wzięliśmy tuż po Nowym roku. Na dzieci dopiero czekamy. Córeczka ma się urodzić za dwa miesiące, a historyjkę o tym co się zdarzyło w chwili oświadczyn opowiadamy wszystkim kto tylko chce słuchać. Wszyscy się śmieją.
  









czwartek, 9 listopada 2017

Wciąż o Was pamiętam :)

Kochani ja wpadłam do Was jak po ogień, bo jak wiecie jestem w drodze (dziś widzimy się w Krotoszynie :)). Chciałabym tylko poinformować, że pierwsze opowiadania czekają już na opublikowanie. Przedstawię Wam również szanowne Jury. Tyle tylko, że musicie jeszcze na moment uzbroić się w cierpliwość. Bo to wszystko już po weekendzie, zaczynając od poniedziałku :) Buziaki dla Was wszystkich!

czwartek, 2 listopada 2017

Molowi w żłobie dano...

No właśnie. Czyli odwieczny dylemat książkoholika, który z lubością zgromadził kilka stosów do przeczytania a potem nagle dopadła go nad tymi stosami bezradność. Bo jak tu wybrać co najpierw? Potrzebne mi są dwie sztuki. Jedna ze stosów targowych (kulinarne się nie liczą, bo nimi będę napawać się w międzyczasie) a drugą z bibliotecznych. Pomóżcie, poradźcie, poratujcie, żebym nie zaginęła w tej mnogości. Od czego byście zaczęli?
A dodam jeszcze, że jutro przyleci do mnie paczka z Arosa :) Zaszalałam :)
Przy okazji książkowych tematów chciałam jeszcze podziękować wszystkim, którzy odwiedzili mnie na Krakowskich Targach i tym, którzy o mnie myśleli i tym którzy, wyławiali moją twarz w tłumie. Za każdy uścisk, przytulenie, uśmiech i dobre słowo dziękuję! Dziękuję też, że tak pięknie o mnie dbacie (zdjęcie poniżej)
Dziękuję!




A teraz poradzicie coś z tymi tytułami? :) Czytaliście już coś? Albo mielibyście na któryś tytuł szczególną ochotę?





Stosy targowe :)

Stosy biblioteczne

środa, 1 listopada 2017

Pierwszego listopada pamięć ożywa

Pierwszy listopada to dzień, który chyba wszystkich skłania do zadumy. Wszystko ku temu sprzyja: nostalgiczny listopad, płonące na grobach znicze... Pamięć ożywa. 
No właśnie, pamięć. Ja od jakiegoś czasu obchodzę to święto nieco inaczej. Oczywiście idę na groby, stawiam świeczki. W tym roku nie usunęłam zeschniętych liści, tylko wśród nich wkopałam doniczki z chryzantemami. Pomyślałam, że skoro tato lubił jesień to te liście też pewnie by mu się podobały. Upodobań prababci i pradziadka nie znałam, ale zakładam, że też nie mieli nic przeciwko jesieni. I tu właśnie dochodzimy do sedna. Nie znałam mojej prababci i pradziadka. Odeszli dużo wcześniej niż ja przyszłam na świat. A przecież tak bardzo jestem ich ciekawa. co ich bawiło, jak spędzali letnie wakacje, zakochali się od pierwszego wejrzenia, czy raczej trwało to dłużej? O prababci wiem co nieco, bo to właśnie po niej, jako jedyna w rodzinie, odziedziczyłam zielony kolor oczu. Podobno miała moc w rękach, ciepłe dłonie i umiejętność robienia uzdrawiających masaży. Ale to w kontekście całego jej życia tak niewiele. 
I dlatego postanowiłam, że u mnie będzie inaczej. I pierwszego listopada mamy w naszej rodzinie swój własny rytuał. Cmentarz, zapalenie zniczy - tak. Choć przyznaję, że w ciągu roku nie chodzę na groby regularnie. Bardziej czuję obecność taty w Dukli, gdzie się wychowywał, w zapachu jego ulubionego ciasta, w lesie, gdzie razem chodziliśmy. Cmentarz to miejsce... No właśnie, po prostu miejsce. I dlatego w Dzień Wszystkich Świętych, wieczorem, siadamy wszyscy przy stole, wyciągam stare fotografie i razem z dziećmi je oglądamy. Opowiadam im o ich dziadku i babci (czyli moich rodzicach), opowiadam śmieszne anegdotki, składam w całość strzępy wspomnień. Zadziwiające ile wtedy się przypomina. I to jest właśnie to co jest dla mnie najważniejsze: pamięć. I to nie tylko pierwszego listopada. Moim zdaniem ukochane osoby żyją tak długo dopóki pamięć o nich nie gaśnie. A Dzień Wszystkich Świętych o tym przypomina. 

poniedziałek, 30 października 2017

Nowa edycja "Kto napisze ze mną książkę" rusza już dziś!

Obiecywałam i zamierzam obietnicy dotrzymać :) Czyli nowa edycja "Kto napisze ze mną książkę" rusza już dziś pełną parą :)

A oto szczegóły:

Do 2 grudnia piszecie opowiadanie. Przysyłacie je następnie na mój adres mailowy (magdakor@vp.pl) (ostateczny termin to 2 grudnia 2017 do godziny 24:00), a ja w specjalnej zakładce umieszczam wszystkie teksty. Oczywiście przysyłajcie od razu gdy napiszecie, nie trzeba czekać do ostatniego momentu :)
Potem gdy zakończymy nadsyłanie opowiadań rozpoczniemy głosowanie. Będzie trwało od 4 do 7 grudnia.  Przerwa jest po to żeby teksty, które przyjdą w ostatnim dniu też miały szansę na to by spokojnie je przeczytać i móc oddać na nie głos. Będziemy głosować za pomocą komentarzy i punktów. Każdy z głosujących będzie miał 20 punktów do rozdzielenia pomiędzy 2 wybrane opowiadania. Nie można oddać całości punktów na jedno opowiadanie, trzeba wybrać 2.  Anonimowe głosy nie będą się liczyć. Pozostałe 3 zostaną wybrane przez Szanowne Jury, którego skład poznacie niebawem. Mam nadzieję, że część z Was będzie zadowolona, bo wiem, że niektórym zależało na takiej ocenie tekstów. Więc robimy tak żeby wilk był syty i owca cała. Jest Jury i są punkty.  Najwyżej ocenione teksty zwyciężą a autorzy otrzymają 2 egzemplarze książki w nagrodę. Pozostałych uczestników opowiadania też zostaną umieszczone w książce (opowiadania, które przyślecie drukowane są w tomiku). Jeżeli chodzi o sprawy złożenia, wydrukowania, zaprojektowania okładki i tym podobne to jak zwykle biorę to na siebie, a raczej na męża:) Tym razem odchodzimy od anonimowości (chyba że ktoś życzy sobie pisać pod pseudonimem to oczywiście może). W kilku poprzednich edycjach nie można było aż do głosowania ujawniać autorów. Miało to służyć sprawiedliwej ocenie tekstów, ale w związku z tym, że nie zawsze tego przestrzegano nie ma sensu ukrywać autorów, bo to była i tak tajemnica poliszynela.

Czyli reasumując: Opowiadanie, niepublikowane do tej pory, ma być nie dłuższe niż 10 stron (jedna strona=1800 znaków).  Oczywiście jeżeli wyjdzie dziesięć słów więcej nikt nie będzie robił z tego tragedii. Może być krótsze. Każdy uczestnik może przysłać tylko jeden tekst czyli jedno opowiadanie. Teksty proszę przesyłać na mojego maila.  Gdy dostanę pierwsze opowiadanie stworzę zakładkę i je tam wkleję i kolejne też tam trafią.  Pięć pierwszych miejsc dostanie tomik (sztuk 2) w nagrodę a reszta będzie mogła zakupić go po kosztach wydrukowania. Kupno tomiku jest dobrowolne. Przysłanie opowiadania jest równoznaczne ze zgłoszeniem, ze zgodą na jego publikację na moim blogu, a potem na umieszczenie go w tomiku. Prawa autorskie zostają przy twórcy opowiadania.

Tytuł tomiku a zarazem temat przewodni opowiadania to... Serce z piernika :)

Teraz nie pozostaje mi nic innego jak z całą ufnością złożyć sprawy piernikowo - sercowe w Wasze ręce :)

No to jak będzie? Kto napisze ze mną książkę???

wtorek, 17 października 2017

A dziś specjalnie dla Was kartka z "Serca z piernika"



A dziś specjalnie dla Was kartka z "Serca z piernika" :) I w sekrecie Wam powiem, że w tym co się stało maczał palce święty Antoni, specjalista od wszelkich spraw zagubionych. Akurat w tej powieści pracy mu nie zabraknie :) I mam nadzieję, że pies skradnie Wasze serca :)